Przedsionek Raju

Na Ziemi Lubuskiej jest kilka niezwykłych punktów widokowych. Najczęściej usytuowane są na szczytach morenowych wzgórz, które przecinają krainę równoleżnikowo kilkoma odległymi od siebie o kilkadziesiąt kilometrów pasmami. Roztaczające się z nich widoki mają swoje osobliwości, ale dominuje jeden niezwykły pejzaż – rozciągający się na dziesiątki kilometrów dywan lasu, z którego gdzieniegdzie wyrastają samotne wieżyczki kościołów, a w regularnych, mniej więcej dwudziestokilometrowych odstępach dają się dostrzec niewielkie miasta, sygnalizujące swoją obecność kominami i większą liczbą kościelnych i ratuszowych wież.

Z lotu ptaka ten jednostajny krajobraz uzupełnić musielibyśmy kilkoma dużymi rzekami z Odrą, Wartą, Bobrem, Obrą i Nysą wytyczającymi geograficzne granice całego obszaru, wspaniale położonymi jeziorami i kilkoma ważnymi traktami komunikacyjnymi.

Z tych dwóch perspektyw Ziemia Lubuska nie różni się wyglądem od tej sprzed kilkuset lat. Co prawda, dominujące w przeszłości lasy liściaste zastąpiła sosnowa monokultura, Odra, która swobodnie torowała sobie kiedyś drogę została uregulowana przez niemieckich inżynierów, a najważniejsze drogi zboczyły ze swych pierwotnych tras, omijając skupiska ludzkie, ale Ziemia Lubuska pozostaje wciąż taka, jaką była i wciąż jest nieco zapomnianym kawałkiem świata. Miejscem, przez które się przejeżdża i które we wspomnieniach podróżnych rysuje się jako coś pięknego i spokojnego, choć bez większego znaczenia.

Trochę trudno jest nam się pogodzić z taką opinią, ale po chwili zastanowienia musimy przyznać, że dużo w niej racji.

Weźmy dla przykładu muzykę. Czym Ziemia Lubuska zapisała się w historii europejskiej muzyki? W Świebodzinie urodził się słynny niemiecki kompozytor i muzykolog Martin Agricola, w Żarach i Żaganiu pojawiło się przelotnie kilku świetnych kompozytorów z Telemannem i Lisztem na czele, a w późnym średniowieczu anonimowi augustianie skompilowali gdzieś tutaj (może w Głogowie, może w Żaganiu, a może w Zielonej Górze) jedną z najsłynniejszych kolekcji muzycznych tej epoki tzw. Glogauer Liederbuch. Od biedy możemy do tej listy dopisać kompozytorów (w tym C.P.E. Bacha), którzy związani byli z Frankfurtem nad Odrą i muzyków dolnośląskich, którzy z Wrocławia, Świdnicy i Legnicy wyruszali czasem na Północ.

Nikt z nas nie odczuwa chyba z tego powodu jakichś kompleksów. Tak po prostu się zdarzyło i nie jest to jedyne w Europie miejsce upośledzone pod względem muzycznego urodzaju. Byłoby może miło móc powołać się na jakiegoś sławnego przodka, a nawet na wielu przodków, ale nie da się tego zrobić bez historycznej mistyfikacji.

Ziemia Lubuska i podobne do niej krainy mają jednak pewną bardzo ważną właściwość, bez której muzyka dawna dzisiaj nie miałaby sensu. Tutaj można wciąż odnaleźć ciszę, tę ciszę z przeszłości. Ciszę, w której dźwięk nabiera innego, mniej prozaicznego sensu. Nie może przemknąć niezauważony bądź niezrozumiany. Ciszę, której musimy się na nowo uczyć.

Coś, co z perspektywy rozpędzonej i głośnej cywilizacji spycha Ziemię Lubuską na prowincjonalny margines, z perspektywy kultury daje jej szansę na niesłychany rozwój,  szansę, którą szkoda byłoby przeoczyć i zmarnować.

W tym sensie, i w nawiązaniu do nazwy sierpniowego festiwalu w Paradyżu, Ziemia Lubuska jest pełna miejsc czekających na muzykę, jest po prostu „Przedsionkiem Raju”.  Chcemy wykorzystać tę okoliczność i przy pomocy wykonawców, którzy przyjeżdżają do nas, by wziąć udział w „Muzyce w Raju”, zaproponować cykl koncertów w miejscach już dla muzyki odkrytych, ale też takich, które na mapie ważnych wydarzeń muzycznych wciąż się nie znalazły. Będą one zapowiadać duży festiwal i zachęcać słuchaczy do odwiedzenia Paradyża, ale, mamy taką głęboką nadzieję, staną się początkiem kolejnej przygody Ziemi Lubuskiej z muzyką dawną i muzyką w ogóle.

Cezary Zych